Zagubione 100 minut.


autor : Kazimierz Bzowski


  Rok 1981 w którym doszło do tej obserwacji był bardzo obfity z zdarzenia ufologiczne w Polsce, a szczególnie w Warszawie. Wszystko zaczęło się od zdarzenia z 25 czerwca 1981 roku.

Dochodziła wówczas godzina dwudziesta pierwsza z kilkoma minutami gdy wracając z miasta na podmiejską, południową dzielnicę stolicy o nazwie Czerniaków ujrzałem na niebie coś niespodziewanego. Niebo zasnute było jednolitymi dziwnymi chmurami wyglądającymi jak srebrzyste, nawet jakby lekko jarzyły się złotawą poświatą. Było to zaledwie kilka dni po wiosenno-letnim przesileniu i o tej porze było jeszcze zupełnie jasno.

Dochodziłem do ulicy Bernardyńskiej gdy na niebie w kierunku północnym pojawiły się dwie kule malinowej barwy, wyglądające nieco nierealnie, gdyż wydawały się lekko przejrzyste, tylko z nieco bardziej nasyconym centralnym punktem wewnątrz każdego z nich. W pierwszej chwili wydały mi się racami na tle nieba, ale już po chwili nagłe olśnienie!. One stoją w miejscu, prawie się nie ruszając i tylko lekko drgając. Obudził się nawyk zwiadowcy - momentalnie wyszukałem wzrokiem najbliższy punkt odniesienia . Był nim wysoki 13 piętrowy dom na tej ulicy. Stojąc na chodniku o około pięćdziesiąt metrów od niego widziałem te obiekty pozornie na wysokości jego ósmego piętra.

Oczywistym jest, że obiekty nie były na wysokości równej ósmemu piętru, one były na przedłużeniu linii wiodącej od mojego oka poprzez "horyzont" na tej pozornej wysokości.

Szybkie spojrzenie na zegarek. Była godzina 21,11. Nie miałem przy sobie żadnych przyrządów obserwacyjnych, pozostawał mi tylko zegarek i własne oczy. Zapamiętałem też dokładnie miejsce, skąd po raz pierwszy ujrzałem te obiekty.. Po dwóch minutach obiekt wyglądający na skrajny prawy, czyli patrząc na niego od południa ku północy, położony bardziej ku wschodowi nagle ruszył wężykowatą poziomą linią. Po przebyciu niewielkiego dystansu stracił swoją malinową aureolę i ujrzałem podłużny, jakby srebrzysty cylinder otoczony drgająca, ciemnobrązową linią , rozsiewającą na boki równie brązowe iskry ale on po pół sekundzie znikł... W parę sekund później to samo, w tej samej kolejności wykonał i drugi obiekt. Zerknięcie na zegarek pokazało czas : 21,13 i 30 sekund. A więc cały spektakl trwał około dwóch i pół minut .

Mieszkałem w pobliżu i już po paru minutach byłem w domu. Mając świeżo w pamięci obraz tego co było na niebie chciałem to jakoś potwierdzić. W momencie obserwacji tych obiektów na ulicy oprócz mnie nie było jak na złość ani żywej duszy... teraz więc postanowiłem iść w tą stronę skąd pojawiło się UFO i rozejrzeć się w terenie. Niestety, nie miałem wówczas żadnego sprzętu, który by pomógł w nocnej obserwacji, bo w międzyczasie zaczęło się już ściemniać...Wziąłem więc ze sobą tylko mały tranzystorowy aparat radiowy, raczej po to by sącząca się z niego muzyka dodawała mi nieco otuchy na odludnym i ciemniejącym polu, gdzie nie było żadnych latarń ani świateł i gdzie nie wiedziałem co może mnie spotkać ze strony UFO.

Gdy znalazłem się na skraju pola nieużytków, nad którym widziałem te obiekty był już późny zmierzch...Minąwszy ostatni dom i przekroczywszy niewielki strumyk pokryty betonowym mostkiem wszedłem na pole. Ma ono około 150 hektarów powierzchni i wówczas na jego terenie oprócz poletek obsianych zbożem i kartoflami widniało tylko w odległości około pół kilometra niewielkie gospodarstwo, pozostałe tu jeszcze z okresu przedwojennego.

Od mostku w głąb pola wiedzie gliniasta ścieżka, obrośnięta z mojej prawej strony krzakami dzikiego bzu...Gdy wkraczałem na nią obejrzałem się i widziałem, że w oknach wielu domów za mną świeci się światło. Była przecież pora kolacji...po upalnym i bardzo pogodnym mimo zachmurzenia dniu.

Mój aparacik grał jakąś melodię, ale gdy przeszedłem nie więcej niż trzydzieści metrów ścieżką , nagle zamilkł. Nie pomagało kręcenie gałkami - milczał jak zaklęty. Było to dziwne, przypomniałem sobie że parę dni wcześniej założyłem do niego nowe baterie. Machinalnie szedłem powoli do przodu ale zatrzymałem się pod wrażeniem, że wokoło zrobiła się głucha cisza....Spojrzawszy w tył, ku miniętym przed chwile domom - osłupiałem : tylko w paru oknach paliło się jeszcze światło, dziwnej żółto-brązowawej barwy...a wokoło panowała głucha i bardzo ciemna noc.

Rad nie rad - zawróciłem z powrotem , tym bardziej że droga po deszczu z przed paru dni była rozmiękła i błotnista. Wszedłszy na klatkę schodową zerknąłem na swój zegarek. Wskazywał godzinę 21,46.

To było prawdopodobne.. Z domu wyszedłem parę minut przed 21,30 ... kilkanaście minut zajęła mi droga w obie strony, nie zatrzymywałem się na polu za mostkiem dłużej niż na kilkanaście sekund - no to zajęło to te kilkanaście minut - myślałem. Droga przebyta w obie strony od domu to łącznie tylko około czterystu metrów .. .

Szybko wjechałem na swoje piętro. Teraz już jednak zliczałem czas, jaki mi zajmowały poszczególne czynności. Wjazd windą - zrejestrowała moja uwaga i zegarek jako "28 sekund".

Drzwi otworzyłem kluczem; nie chcąc żonie przerywać kolacji, do której zabierała się gdy wychodziłem. Ale w mieszkaniu było ciemno...Lekko zaniepokojony sięgnąłem do kontaktu: może przepaliły się bezpieczniki ? Ale, nie , światło w przedpokoju zapaliło się normalnie

Okazało się, że moja żona śpi już głębokim snem a zegary ....: doskonały zegar kwarcowy pokazuje godz.23,30 zaś nakręcany rosyjski budzik - 23,32.

... Znów zerknięcie na swój naręczny zegarek i zdziwienie ... na nim jest dopiero godzina zaledwie 21,50.

Różnica czasu wynosiła aż jedną godzinę i 40 minut. Dokładnie 100 minut !

Postanowiłem jakoś rozszyfrować zagadkę tego co się tej nocy zdarzyło. Rankiem więc następnego dnia, 26 czerwca 1981 roku zatelefonowałem do II-go Programu TV opisując wszystko co widziałem na niebie poprzedniego dnia i proponując by nadali apel do telewidzów : z zapytaniem o to czy ktoś widział poprzedniej nocy coś dziwnego na niebie . Jeśli zaś tak- by dzwonił do mnie - i tu nieopatrznie podałem numer swojego telefonu. Przez pełną dobę telefon dzwonił prawie co minutę. Oczywiście było sporo "dowcipnisiów" jak i dużo fałszywych "obserwacji". Tych jednak szybko odsadzałem, gdyż sam będąc "świadkiem" wiedziałem o co i jak pytać. Weryfikacja prawdziwych opisów trwała dość długo, tak że dopiero w połowie lipca wiedziałem już co i jak się wydarzyło.

A oto przebieg wydarzenia, z którego jak się okazało widziałem tylko niewielką, końcową część.

Około godziny 21,02 -21,05 nad Wisłą, na wysokości 1300 metrów nad lustrem wody pojawiła się kula malinowego koloru średnicy około trzydziestu metrów. To nie był jednak obiekt wyglądający na solidny, utworzony z twardej materii lecz tylko kula światła. Drgając utrzymywała się na tej wysokości przez parę minut i znikła jak zdmuchnięta. Po krótkiej chwili w tym samym miejscu pokazały się dwie identyczne kule poziomo obok siebie.

Tu - około godziny 21,08- 21,09 od zachodu czyli od strony miasta nadleciał mały samolot sportowy "Wilga" zdążający do lotniska sportowego na Gocławku po drugiej, praskiej stronie Wisły. Leciał nad Wisłą na pułapie 1300 metrów. Pilot później twierdził że- miał te kule po swojej lewej burcie na tej samej co i on wysokości. Przeleciał obok nich w oddaleniu około pół kilometra. Kule unosiły się nad wodą nieco na południe od mostu Łazienkowskiego. Tuż po przelocie samolotu obie kule naraz ruszyły na południe, w stronę Górki Czerniakowskiej - jest to kopiec wysokości 77 metrów usypany na początku lat pięćdziesiątych z gruzów starego miasta i getta. Obecnie , od 1996 roku wznosi się na niej pomnik Polski Walczącej, ale wówczas był to tylko płaski szczyt na dzikim, porośniętym krzakami wzgórzu.

Oba UFO leciały torem lekko obniżającym się i dolatując do tej górki wykonały półkolisty skręt, obie naraz ominęły górkę i poleciały dalej w swoją drogę, schodząc coraz niżej nad ziemię. Doleciały tak do miejsca , które usytuowane było nad polem 150-hektarowym położonym pomiędzy tą górką a ulicą Bernardyńską na Czerniakowie. Od miejsca zawisu w pobliżu mostu łazienkowskiego do miejsca powtórnego zatrzymania się w powietrzu nad tym polem dwa UFO przebyły trasę długości 1800 metrów. Od tego momentu dopiero ja sam stałem się świadkiem.....

Nie dawała mi spokoju myśl - co działo się pomiędzy momentem mojego wyjścia z domu a powrotem do niego. w okresie tych zgubionych stu minut ? Mam wrażenie, że ani na moment nie traciłem świadomości - a tu masz ! Uciekło mi " z życia" całe 100 minut... Po moim apelu telewizyjnym mimo wszystko zaczęły napływać również prawdziwe zeznania naocznych świadków. Pomysł z tym apelem nie był w końcu taki zły, skoro łącznie ze mną złożyło zeznania - o całkowicie potwierdzonej autentyczności i potwierdzające się wzajemnie - aż dwudziestu ośmiu naocznych świadków . Był to pierwszy - i jak dotąd jedyny przypadek w Polsce, by udało się odnaleźć aż tyle osób chętnych do złożenia relacji.

W dniu 28 czerwca 1981r, następnego dnia po tym telewizyjnym wezwaniu do świadków do rejonu mojej obserwacji przyjechała ekipa filmowa drugiego programu TVP i nakręcony został kilkuminutowy reportaż z miejsca mojej obserwacji. Wiedząc wcześniej o mających przybyć reporterach telewizyjnych zdążyłem ściągnąć na to miejsce jeszcze trzy osoby, naocznych świadków. Powstała wówczas pierwsza w naszym kraju relacja " na żywo" ze świadkami, którzy widzieli UFO.

Gdzieś w połowie lat osiemdziesiątych gdy na II programie TVP miał iść po południu jakiś interesujący mnie film, akurat musiałem wyjść w jakiejś ważnej sprawie, zaprogramowałem więc sobie ten czas w swoim magnetowidzie by film nagrał mi się automatycznie . Wracając wieczorem do domu spotykałem się z gratulacjami sąsiadów, mówiących " widziałem - widziałam pana dzisiaj w telewizji...". Byłem zupełnie zaskoczony, no bo owszem, czasami coś mówiłem o UFO w telewizji ale nie akurat tego dnia.!

Cóż się okazało ? Spodziewany film w TV nie poszedł z jakichś technicznych względów, zamiast tego puszczono jakiś program o UFO i jako dodatek ten właśnie reportaż z 1981 roku, a mój magnetowid o tej porze posłusznie wgrał mi go na kasetę....

... W ten prosty sposób mam autentyczny reportaż na taśmie video z czasów, gdy u nas nikomu się jeszcze nie śniło ani o video ani o posiadaniu automatycznie pracujących magnetowidów. Reportaż wykonany był na filmie czarno-białym 16 mm, co podwyższa jego wartość jako dokumentu, gdyż do reporterskich materiałów w TV nie przywiązuje się na ogół większej wagi i nie archiwizuje się ich.... Do mojego zbioru przybył wręcz arcy-rzadki dokument, będący jednocześnie dodatkowym materiałem dotyczącym tego incydentu. Kilku świadków zgłosiło się z mojej najbliższej okolicy. Jeden z nich, pan Marcin Jezierski nie tylko widział to samo co i ja ale tak zapalił się do podobnych obserwacji, ze jest obecnie jednym z warszawskich ufologów i poszczycić się może kilkoma własnymi obserwacjami i zdjęciami , własnoręcznie i własnym sprzętem fotografowanych UFO.

On sam jak i inni z okolicy bliskiej tego pola , na którym wydarzyła mi się ta anomalia czasu zdziwieni byli czemu ja nie słyszałem piętnaście minut po godzinie dwudziestej trzeciej wieczorem, owego dnia 25 czerwca 1981 roku niesamowitego koncertu wycia dwóch psów wilczurów, trzymanych przez tego gospodarza , mającego walące się zabudowania starego gospodarstwa. Ten teren akurat znalazł się dosłownie pod miejscem, nad którym kolejno znikały te dwa UFO. Nasze pomiary oparte o precyzyjnie przeprowadzone przesłuchania świadków mówiły, że UFO w tym momencie unosiły się zaledwie 240 metrów nad ziemią a były - ode mnie o 800 metrów w poziomie....Niestety, o tej godzinie nie posiadałem świadomości miejsca i czasu. Dla mnie to były te zagubione sto minut pomiędzy zamilknięciem radia a zauważeniem, że z nagła zapadła zupełna ciemność. Moja świadomość nie zauważyła, że minęło tyle czasu. Te nieszczęsne psy znalazły się w owej chwili w bardzo niewielkiej odległości od UFO, które dosłownie wisiały im nad głowami.....a nie mogły uciec, gdyż były na łańcuchach. Pozostawało więc im tylko rozpaczliwe wycie..

Analizując te zdarzenia sprzed lat kilkunastu zauważyliśmy znamienną rzecz:

Poprzedniego dnia były "wianki", puszczanie ich na Wisłę w wigilię św. Jana . Wiele osób, szczególnie mieszkających w pobliżu Wisły miało jeszcze pod ręką lornetki i za ich pomocą wykonano dużo obserwacji. Były również i obserwacje zupełnie niespodziewane - np. młodego astronoma - amatora , który swój skonstruowany własnoręcznie teleskop dający powiększenie 30-krotne skierował na końcową część zjawiska i widział dokładnie to samo co i ja...ale jakby z bardzo bliska. Nanosząc na plan miasta miejsca skąd obserwowano te UFO zorientowaliśmy się, że rozmieszczenie świadków w terenie było znaczne - od dalekiego Ursynowa na południu do Młocin i Henrykowa na północy, to znaczy w rozstępie około 30 km, podobnie wzdłuż linii wschód - zachód. Wiele osób obserwowało grupowo, całymi rodzinami, mimo że zeznania przeważnie składała tylko jedna z nich.

Znamiennym było, że wszyscy świadkowie zgłaszali się telefonicznie z własnych aparatów. Ponieważ w owym czasie tylko około 5 % mieszkańców posiadało w domu telefony - nasuwa się prosty wniosek : że znacznie więcej osób musiało widzieć te UFO. Być może , że nawet kilka tysięcy. Wiele z nich prawdopodobnie w ogóle nie zwróciło na to uwagi, inni może i byli zdziwieni tym co jest na niebie, ale też mogli nigdy nie słyszeć o UFO....Większość jednak po prostu obawiała się "śmieszności w oczach sąsiadów".

A jaki tego efekt ? Nikt, dosłownie nikt z tych co złożyli zeznania , w tym także ci którzy opowiadali o tym przed kamerami TV , nie miał z tego powodu żadnych przykrości od swoich sąsiadów czy innych osób.

Obserwacja dwóch UFO z 25 czerwca 1981 roku zwróciła uwagę nie tylko badaczy ale i osób , które je widziały - na ten właśnie teren , zawarty w dolinie Wisły a ściślej na leżący na południe od mostów śródmiejskich i dalej w górę rzeki..

Zainteresowaliśmy się innymi podobnymi obserwacjami w zbliżonych terenach.



( opracowane na podstawie dokumentów archiwalnych Kazimierza Bzowskiego, znanego warszawskiego ufologa
-materiał źródłowy http://www.ufo.netla.pl/rozdz3.html )